sobota, 30 sierpnia 2014

Hej ludziska! Tydzień temu wróciłam od Clau i powiem szczerze, że miałam malutki dylemat, co napisać w kolejnym poście. Mam kilka zdjęć, którymi chciałabym się z Wami podzielić, ale też w to lato spełniły się dwa moje największe marzenia muzyczne - usłyszałam na żywo 30 Seconds to Mars oraz Justina Timberlake'a. Od dziecka marzyły mi się ich koncerty, więc teraz nie mogę wręcz uwierzyć w to, że ja tam było, słyszałam ich, słuchałam moich ulubionych piosenek na żywo. Rany, niesamowite! Ponieważ były to najlepsze chwile tego lata oraz jednocześnie spełnienie moich marzeń, stwierdziłam, że może warto jednak napisać kilka słów o tych wydarzeniach. Nawet jeśli kiepsko się to wpasowuje w tematykę bloga. ;)
Z góry przepraszam za zdjęcia. Większość jest niestety z internetu, ponieważ na tereny koncertów nie można wnosić aparatów ze zdejmowanym obiektywem, a tylko taki posiadam. Dlatego zdjęcia, jeśli już moje, to kiepskiej jakości. Mam jednak nadzieję, że chociaż trochę poczujecie klimat tych koncertów.


30 SECONDS TO MARS 
22.06.2014 r., Rybnik






Ich muzyką jestem zafascynowana od dawna, ale mam wrażenie, że od koncertu uwielbiam ich jeszcze bardziej. I sama nie wiem czemu, może to przez tę atmosferę, która notabene była genialna? No i Jared "Dziadu" Leto brzmi jeszcze lepiej na żywo, uwierzcie. ;) 
Do Rybnika wybrałam się z koleżanką dzień wcześniej. Nadal nie wiem, jak udało mi się załatwić pokój, i to tak blisko stadionu, gdzie miał być koncert. To chyba musiał być cud, ponieważ wszystkie hotele były pozajmowane już od stycznia, a ja załatwiłam to w połowie czerwca. Soooo... powinnam to sobie wpisać do CV. Na miejscu poznałyśmy trzy świetne dziewczyny - Ewę, Kaśkę i Weronikę. Z dwoma pierwszymi nadal utrzymuję kontakt, i to nawet dosyć częsty. Co więcej, będziemy studiować w jednym mieście, więc uważam, że te relacje tylko się zacieśnią. (Co w ogóle też wynikło dosyć spontanicznie - być może nawet sami pamiętacie moje dylematy dotyczące studiów, gdzie Poznań w zasadzie nie był w ogóle brany pod uwagę, a w końcu za kilka dni to tam się przeprowadzam.)
Jedyne, co mnie rozczarowało, to fakt, że nie pojawił się Shannon, perkusista. Sorry guy, ale rozczarowałeś mnie. Na szczęście Jared i Tomo sami dali radę i było naprawdę świetnie. Poza tym usłyszałam "Attack" na żywo - moją ukochaną piosenkę Marsów i ukochaną w ogóle. Nieważne, że to było to wykonanie akustyczne i tylko kawałek - najważniejsze, że to usłyszałam. Może kiedyś doczekam się dnia, kiedy Marsie zagrają ten kawałek cały i w takiej wersji, w jakiej go nagrali? Hm, fajnie by było... Ale coś takiego też mi wystarczy. I tak miałam łzy w oczach. Zresztą teraz też mam, kiedy o tym myślę. Najcudowniejszy moment w życiu. I nadal zazdroszczę dziewczynie, której Jared dał buziaka. JAAAAA TEEEEEŻ CHCĘĘĘĘĘ!!! Mogę, panie Leto? 




JUSTIN TIMBERLAKE 
19.08.2014 r., Gdańsk

Och, Justin, Justin... Jak Ty dobrze śpiewasz, tańczysz, recytujesz... IDEAŁ! Ubóstwiam go i podziwiam. Pamiętam, jak jeszcze rok temu mówiłam do koleżanki "Ale byłoby super, gdyby on przyjechał do Polski, ja...", na co ona odpowiedziała "No pewnie, ale wątpię, że przyjedzie". Ale pan Justin chyba posłuchał mnie i przyjechał. Dziękuję, panie Justin!
Do Gdańska przyjechałam już dwa dni wcześniej do Clau. Spędziłyśmy razem super cztery dni i aż smutno było mi odjeżdżać. No i... chyba trochę zaraziła mnie You Tubem. :D A dokładniej oglądaniem vlogów. Polecam wszystkim. ;) Mam nadzieję, że Clau wpadnie do mnie niedługo i to mnie będzie dane ją gościć. Pozdrawiam Cię z tego miejsca mooocno! :*
A co do samego koncertu... To cóż, na pewno już nigdy nie pójdę na trybuny, gdzie - powiedzmy sobie szczerze - niewiele widać. Poza tym nie ma tego koncertowego klimatu. Teraz tylko płyta. Albo goldeny, ale to trochę za droga inwestycja. *crying* Mimo wszystko jednak koncert był niesamowity. Oczywiście największe ciarki miałam, gdy śpiewał moją ulubioną piosenkę - "Cry me a river". JT dał niesamowity pokaz swoich umiejętności. I przy okazji okazało się, że on także na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płycie. No i w dodatku jego taniec... AAAAACH! I zazdroszczę pewnej pani, która miała plakat z napisem "It's my brithday", a JT zaśpiewał jej "Happy birthday". Nie rozumiem tylko tego, że babkę w ogóle to nie obeszło i stała niewzruszona. Powinnaś płakać ze szczęścia, laska! Ja bym płakała.
A następnego dnia trzeba było wyjeżdżać. W Gdańsku spotkałam się jeszcze raz z Lilią, z którą świetnie spędziłam dwie godzinki. I znów nie mogłyśmy się nagadać. Dlaczego musimy mieszkać tak daleko od siebie?!



Podsumowując, żałuję, że koncerty są takie krótkie i trwają ok. 2 godziny. Ale nie żałuję żadnej wydanej na to złotówki, ponieważ tak wspaniałych wspomnień nikt mi nie zabierze. Było cudownie i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy panie Leto (x2), Miličević i Timberlake. Do zobaczenia!

Mam także nadzieję, że Clau i Lilia wpadną wkrótce do mnie, a z dziewczynami z koncertu Marsów nigdy nie stracę kontaktu. 

Cudowne chwile przeżyłam także na wakacjach z rodziną i one też zaliczają się do najpiękniejszych chwil tego lata, jednak dokładniejszą relację tego wyjazdu zrobiłam już tutaj. (A w tej i tej notce zamieściłam zdjęcia z wyjazdu.)

Tak, to były najlepsze chwile tego lata. :) 

A teraz idę trochę odpocząć po pracy. I mam nadzieję, że wkrótce pojadę na kolejny świetny koncert. :)

niedziela, 24 sierpnia 2014

Za oknem pogoda robi się coraz bardziej jesienna, rok szkolny (a wraz z tym moja przeprowadzka - aaa, boję się!) zbliża się wielkimi krokami, w internecie królują filmiki z Ice Bucket Challenge, a moja mama właśnie modernizuje połowę domu. Sierpień jak sierpień. Nie byłabym jednak sobą, gdybym chociaż raz w miesiącu nie skrytykowała czegoś wokół mnie. Dzisiaj na celownik wezmę polską mentalność.
W zasadzie gdzie by nie spojrzeć, Polacy krytykują Polaków. Za to, że są nudni, że tylko piją, są zamknięci w sobie i w ogóle się nie uśmiechają. I... kurczę, chyba to prawda. Będąc ostatnio w Gdańsku u Clau (którą serdecznie z tego miejsca pozdrawia), poszłyśmy do klubu. Podczas ok. dwugodzinnej zabawy, nie podszedł do nas żaden Polak. Za to przy barze zagadali do nas pewna Amerykanka (sądząc po akcencie) i Hiszpan. Żaden Polak, tylko oni. No może pomijając sytuację w autobusie, kiedy to razem z jakimś chłopakiem kilka miejsc obok śmiałyśmy się z pewnego pana, któremu wylało się piwo. Na szczęście ów pan śmiał się razem z nami. Ale to pewnie dlatego, że był mega pijany.
Powyższa sytuacja to zaledwie jeden z przykładów, które mogłabym dziś Wam przytoczyć. Jesteśmy smutnym narodem, gdzie ludzie woleliby kogoś opluć niż się uśmiechnąć. Nieraz słyszę, że mam głupie pomysły, że ciągle się wygłupiam... Ale kurczę. Mam 18 lat. Kiedy mam się wygłupiać, jak nie teraz? Póki mam chęć, siłę i pomysły, będę to robić. Nie będę zważać na to, co powie pani idąca obok mnie, którą pierwszy i zapewne ostatni raz widzę na oczy, postaram częściej się uśmiechać do obcych ludzi (tak, do obcych, tych nieznanych i nigdy wcześniej niespotkanych!). Może nawet ujawnię się ze swoim blogiem? Trochę radości na ulicy nam potrzeba. Bo mam wrażenie, że jedyny uśmiech, jaką widzimy na ulicach, to uśmiech pijanego, któremu w danej chwili jest obojętne, co kto sobie pomyśli. Tyle że ta radość mija wraz z końcem imprezy, a rano budzą się z kacem i beznadziejnym humorem. Ale potem znowu piją, znowu jest śmiesznie, później trzeźwieją i... I tak w kółko. Jednak choć przez chwilę jest im ok. Może to właśnie dlatego na świecie jest tyle alkoholików?
Zaraz, zaraz, nie. To nie notka o alkoholizmie. Wracam do tematu.
Na usprawiedliwienie Polaków powiem jednak to, że mamy bardzo trudną historię i podejrzewam, że to ona właśnie jest przyczyną naszego ogólnonarodowego smutku. Bo jakby nie patrzeć, przez prawie trzysta lat dzieje się źle w naszym kraju. Najpierw dążenia Rosji, Austro-Węgier i Prus do zaborów, co w zasadzie odbierało Polakom swobodę; zabory, podczas których były momenty, gdzie nie można było nawet mówić po polsku; na szczęście I Wojna Światowa przyniosła nam niepodległość, ale podczas dwudziestolecia międzywojennego znów trzeba było walczyć o granice z państwami ościennymi oraz borykać się z "problemami pozabroczymi", inflacją, deflacją i powstawaniem nowych nowych doktryn politycznych; w końcu II Wojna Światowa, gdzie państwo polskie musiało przez prawie sześć lat działać w podziemiu; a potem już tylko komunizm, gdzie każdy na siebie donosił i w zasadzie bano się powiedzieć słowa. Na obecną mentalność ma wpływ chyba najbardziej to ostatnie. Jak się wychowałeś, tak żyjesz. A że większość naszego społeczeństwa wychowała się na zasadzie "gęba na kłódkę", to i teraz trudniej im się zmienić. Za to pewną zmianę widzę już w tym młodszym pokoleniu. Nie znają życia w ukryciu, więc są też bardziej otwarci na nowe doznania.
I wiecie co, może po prostu musimy poczekać. Za kilkanaście lat być może już będziemy weseli. Nie będziemy wszystkiego krytykować, nikt nie będzie na nas głupio patrzył, kiedy 18-latka powie "Ej, zróbmy sobie zdjęcie z tym św. Mikołajem!" czy uśmiechnie się do przypadkowego gościa. Będzie po prostu weselej.

Trochę się rozpisałam, wybaczcie. Jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. U Was też jest tak smutno na ulicach? I czy może my też nie jesteśmy zbyt smutni?

A dzisiejsze zdjęcie zrobione zostało podczas nocy spadających gwiazd. Make a wish!




wtorek, 12 sierpnia 2014

Ostatnie dni bardziej przypominają u mnie wegetację niż egzystencję. Nie chce mi się siedzieć. Nie chce mi się stać. Nie chce mi się leżeć. Nie chce mi się siedzieć przed komputerem, sprzątać, wychodzić, nudzić się, zrobić sobie coś do jedzenia... Nie chce mi się nic. Nie wiem, co jest nie tak. Może to jakiś sierpniowy zastój? Może.
Za to bardzo chce mi się marzyć. Układam sobie w głowie nowe scenariusze, z uśmiechem na twarzy wyobrażam wyśnione sceny. Nie, nie zakochałam się ani nie, nie odurzyłam maryhuaniną czy grzybkami halucynogennymi. Po prostu... marzę. O wielkim świecie, o wróżkach, o dalekich krajach i najbliższej okolicy. O wszystkim. Znów stałam się dzieckiem? A może nigdy nie przestałam nim być?
"Ach, chciałabym, żeby ten świat był inny, wyjątkowy!" Wiecie, co zrozumiałam? Że tylko my możemy sprawić, że on taki będzie. Nawet leżąc trzy godziny na łóżku w środku dnia i patrząc się w sufit. Ale jeśli dzięki temu poczujecie się spełnieni, to zróbcie tak. Leżcie nawet więcej - cztery godziny, cały dzień, tydzień. Płaczcie i uśmiechajcie się na przemian. Gdy ludzie wokół niech pytają, co z Wami nie tak, miejcie to gdzieś. Róbcie to, na co macie ochotę. And make dreams come true.

A dziś na zdjęciach Rafał.
Tym akcentem kończę i biorę się za nadrabianie blogowych zaległości. Do następnego napisania! :)