niedziela, 24 sierpnia 2014

Za oknem pogoda robi się coraz bardziej jesienna, rok szkolny (a wraz z tym moja przeprowadzka - aaa, boję się!) zbliża się wielkimi krokami, w internecie królują filmiki z Ice Bucket Challenge, a moja mama właśnie modernizuje połowę domu. Sierpień jak sierpień. Nie byłabym jednak sobą, gdybym chociaż raz w miesiącu nie skrytykowała czegoś wokół mnie. Dzisiaj na celownik wezmę polską mentalność.
W zasadzie gdzie by nie spojrzeć, Polacy krytykują Polaków. Za to, że są nudni, że tylko piją, są zamknięci w sobie i w ogóle się nie uśmiechają. I... kurczę, chyba to prawda. Będąc ostatnio w Gdańsku u Clau (którą serdecznie z tego miejsca pozdrawia), poszłyśmy do klubu. Podczas ok. dwugodzinnej zabawy, nie podszedł do nas żaden Polak. Za to przy barze zagadali do nas pewna Amerykanka (sądząc po akcencie) i Hiszpan. Żaden Polak, tylko oni. No może pomijając sytuację w autobusie, kiedy to razem z jakimś chłopakiem kilka miejsc obok śmiałyśmy się z pewnego pana, któremu wylało się piwo. Na szczęście ów pan śmiał się razem z nami. Ale to pewnie dlatego, że był mega pijany.
Powyższa sytuacja to zaledwie jeden z przykładów, które mogłabym dziś Wam przytoczyć. Jesteśmy smutnym narodem, gdzie ludzie woleliby kogoś opluć niż się uśmiechnąć. Nieraz słyszę, że mam głupie pomysły, że ciągle się wygłupiam... Ale kurczę. Mam 18 lat. Kiedy mam się wygłupiać, jak nie teraz? Póki mam chęć, siłę i pomysły, będę to robić. Nie będę zważać na to, co powie pani idąca obok mnie, którą pierwszy i zapewne ostatni raz widzę na oczy, postaram częściej się uśmiechać do obcych ludzi (tak, do obcych, tych nieznanych i nigdy wcześniej niespotkanych!). Może nawet ujawnię się ze swoim blogiem? Trochę radości na ulicy nam potrzeba. Bo mam wrażenie, że jedyny uśmiech, jaką widzimy na ulicach, to uśmiech pijanego, któremu w danej chwili jest obojętne, co kto sobie pomyśli. Tyle że ta radość mija wraz z końcem imprezy, a rano budzą się z kacem i beznadziejnym humorem. Ale potem znowu piją, znowu jest śmiesznie, później trzeźwieją i... I tak w kółko. Jednak choć przez chwilę jest im ok. Może to właśnie dlatego na świecie jest tyle alkoholików?
Zaraz, zaraz, nie. To nie notka o alkoholizmie. Wracam do tematu.
Na usprawiedliwienie Polaków powiem jednak to, że mamy bardzo trudną historię i podejrzewam, że to ona właśnie jest przyczyną naszego ogólnonarodowego smutku. Bo jakby nie patrzeć, przez prawie trzysta lat dzieje się źle w naszym kraju. Najpierw dążenia Rosji, Austro-Węgier i Prus do zaborów, co w zasadzie odbierało Polakom swobodę; zabory, podczas których były momenty, gdzie nie można było nawet mówić po polsku; na szczęście I Wojna Światowa przyniosła nam niepodległość, ale podczas dwudziestolecia międzywojennego znów trzeba było walczyć o granice z państwami ościennymi oraz borykać się z "problemami pozabroczymi", inflacją, deflacją i powstawaniem nowych nowych doktryn politycznych; w końcu II Wojna Światowa, gdzie państwo polskie musiało przez prawie sześć lat działać w podziemiu; a potem już tylko komunizm, gdzie każdy na siebie donosił i w zasadzie bano się powiedzieć słowa. Na obecną mentalność ma wpływ chyba najbardziej to ostatnie. Jak się wychowałeś, tak żyjesz. A że większość naszego społeczeństwa wychowała się na zasadzie "gęba na kłódkę", to i teraz trudniej im się zmienić. Za to pewną zmianę widzę już w tym młodszym pokoleniu. Nie znają życia w ukryciu, więc są też bardziej otwarci na nowe doznania.
I wiecie co, może po prostu musimy poczekać. Za kilkanaście lat być może już będziemy weseli. Nie będziemy wszystkiego krytykować, nikt nie będzie na nas głupio patrzył, kiedy 18-latka powie "Ej, zróbmy sobie zdjęcie z tym św. Mikołajem!" czy uśmiechnie się do przypadkowego gościa. Będzie po prostu weselej.

Trochę się rozpisałam, wybaczcie. Jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. U Was też jest tak smutno na ulicach? I czy może my też nie jesteśmy zbyt smutni?

A dzisiejsze zdjęcie zrobione zostało podczas nocy spadających gwiazd. Make a wish!




wtorek, 12 sierpnia 2014

Ostatnie dni bardziej przypominają u mnie wegetację niż egzystencję. Nie chce mi się siedzieć. Nie chce mi się stać. Nie chce mi się leżeć. Nie chce mi się siedzieć przed komputerem, sprzątać, wychodzić, nudzić się, zrobić sobie coś do jedzenia... Nie chce mi się nic. Nie wiem, co jest nie tak. Może to jakiś sierpniowy zastój? Może.
Za to bardzo chce mi się marzyć. Układam sobie w głowie nowe scenariusze, z uśmiechem na twarzy wyobrażam wyśnione sceny. Nie, nie zakochałam się ani nie, nie odurzyłam maryhuaniną czy grzybkami halucynogennymi. Po prostu... marzę. O wielkim świecie, o wróżkach, o dalekich krajach i najbliższej okolicy. O wszystkim. Znów stałam się dzieckiem? A może nigdy nie przestałam nim być?
"Ach, chciałabym, żeby ten świat był inny, wyjątkowy!" Wiecie, co zrozumiałam? Że tylko my możemy sprawić, że on taki będzie. Nawet leżąc trzy godziny na łóżku w środku dnia i patrząc się w sufit. Ale jeśli dzięki temu poczujecie się spełnieni, to zróbcie tak. Leżcie nawet więcej - cztery godziny, cały dzień, tydzień. Płaczcie i uśmiechajcie się na przemian. Gdy ludzie wokół niech pytają, co z Wami nie tak, miejcie to gdzieś. Róbcie to, na co macie ochotę. And make dreams come true.

A dziś na zdjęciach Rafał.
Tym akcentem kończę i biorę się za nadrabianie blogowych zaległości. Do następnego napisania! :)



 
 
 


czwartek, 31 lipca 2014

Kiedy ten post się opublikuje, właśnie będę w trakcie oglądania mieszkania w Poznaniu. Nie pisałam o tym wcześniej, ale tak - wybrałam Poznań, kierunek ekonomia. Boję się panicznie, tym bardziej, że pierwsze zajęcia zaczynają się już 11 września. (Do tego, co to wymyślił: I will find you and... I will find you.)
Ale oprócz samego faktu studiowania, mam ciarki na samą myśl opuszczenia mojego małego gniazdka rodzinnego. Fakt faktem, że nie zawsze było kolorowo, ale jednak rodzina to rodzina. Będę za nimi tęskniła. Najbardziej chyba za bratem, za jego żartami, które wcale nie są śmieszne, za jego ciągłym gadaniem o polityce, za denerwowaniem go... Ja wiem, że przecież będę wracać na weekendy, ja wiem, że studia to podobno super okres, ale ja wiem i czuję, że właśnie kończy się pewien etap w moim życiu. Etap dzieciństwa. Który notabene chciałabym, aby trwał wiecznie. Teraz będę...
Telefon. Pani od jednego z mieszkań. Telefony się dzisiaj urywają.
Teraz będę musiała ze wszystkim radzić sobie sama. I może właśnie tej samodzielności się boję? Bo już nikt nie będzie dumny, że córeczka zrobiła pyszny obiadek. Nikt nie zawiezie mnie szybko do supermarketu, ani też nie odbierze ze szkoły w ulewny dzień. Nikt nie będzie mnie pospieszał rano, ani też nie martwił, czy wzięłam kanapkę do szkoły. Będę sama. Sama w wielkim mieście. W dodatku mała, bo wzrostem - jak i z resztą talentem kulinarnym - nie grzeszę. Sama i w dodatku mała w wielkim mieście - kiepskie połączenie.
Być może to dlatego czułam taką pustkę, spędzając każdą chwilę nad morzem z rodzicami? Przechadzając się sama z bratem uliczkami, czułam, że wszystko się zmieniło od czasu, kiedy byliśmy na wspólnych wakacjach kilka lat temu. Już nikt nas nie prowadzał za rękę i nie wołał, kiedy oddaliliśmy się za daleko. Ba, o godz. 23.00 sami byliśmy na jakimś koncercie w knajpce przy plaży. Wszystko jest inne, dziwne. A ja chciałabym, żeby ktoś znów złapał mnie za rękę, odciągnął od wielkiego stoiska z żelkami i pobawił się ze mną w morzu, podnosząc wysoko w górę przy każdej nadchodzącej fali.
Kolejny telefon. Co za zamieszanie.
Poczucie nieuniknionych zmian i strach przed nimi towarzyszą mi ostatnio na każdym kroku. Z jednej strony chcę ich i być może nawet potrzebuję, ale z drugiej pragnę odepchnąć je jak najdalej. Beznadziejne uczucie, nie polecam.
Ale mimo wszystko trzymajcie kciuki, żebyśmy wynajęli jedno z mieszkań. I to najlepiej takie jedno, które mamy upatrzone. Bo inaczej będę mała, sama i w dodatku bez mieszkania w wielkim mieście.

A na zdjęciach trochę mnie. Dziękuję mojemu najlepszemu i najwierniejszemu fotografowi - bratu. :)