poniedziałek, 21 lipca 2014

Szczerze? Te wakacje miały być takie super, a jak na razie są do kitu. Większość czasu spędzam w domu przed kompem, a wszyscy znajomi jakoś się ulotnili. Co więcej, zawodzić zaczynają ci, po których nigdy bym się nie spodziewała, że zawiodą. Czas sobie mija, a z najdłuższych wakacji życia powoli zaczyna robić się niekończąca się nuda. Chyba wsiądę w pociąg i sama gdzieś wyjadę. Na ślepo, a co. Może jakaś Praga? Albo Berlin? Nigdy nie byłam za granicą. Fajnie byłoby w końcu coś zwiedzić, bo i życie ucieka. Moje wieczorne przemyślenia nie są zbyt optymistyczne.
Ale nadzieja umiera ostatnia, więc mam nadzieję, że chociaż nad morzem będzie świetnie. Wyjeżdżam już w środę, a wracam w niedzielę. Co prawda z rodzicami i bratem, ale i tak mam nadzieję, że będzie super. Poza tym w końcu poznam tam kolejną osobę z BKWA - Lilię. Nie mogę się już doczekać. :) A jutrzejszy dzień w zasadzie też zapowiada się nie tak najgorzej - widzę się ze swoją starą koleżanką. Może więc te zapiski powyżej to tylko chwilowy kryzys, taka chwila stagnacji w sferze towarzyskiej i obniżenia poziomu endorfin w organizmie...? Oj, mam nadzieję.
A na dziś przygotowałam kwiaty. Duuużo kwiatów. W zasadzie efekty pracy nie do końca mnie zadowalają. No dobra, w ogóle. Jednak za chwilę muszę zacząć się pakować, więc nie mam już czasu przerabiać ich po raz kolejny. Wybaczycie mi to małe faux pas?


 
 



czwartek, 17 lipca 2014

W Polsce baseball jest mało popularnym sportem, w zasadzie większość ludzi nawet nie wie, jak wygląda mecz baseballa. A szkoda, bo jest on naprawdę piękny. Moje miasto - mimo że małe - ma najlepsze boiska do baseballu w Europie. Dlatego co roku odbywają się tu turnieje Małej Ligi, gdzie zjeżdża się niemal cała Europa i często też kawałek Afryki. Dwa lata temu byłam tłumaczem drużyny Włochów, a rok temu Serbów. I to wtedy właśnie zrodziło się moje zamiłowanie do tego sportu. Być może wzięło się to z tego, że polubiłam samych graczy - nie wiem. W każdym razie uważam, że ten sport jest piękny. I wcale nie taki prosty, jakby się to wydawało. Czym musi cechować się idealny gracz? Przede wszystkim bystrością i szybką reakcją. Często nawet nie zauważam, że jakiś gracz zajął kolejną bazę - wszyscy skupili się na innym zawodniku, a on po prostu wykorzystał okazję. Ponadto musi szybko biegać, celnie rzucać i dobrze łapać. Wypadałoby też, żeby był silny i wyrzucał home runy (piłki poza boisko) przy każdej możliwej okazji. Ale niestety, home runy nie zdarzają się często. Jednak jeśli już są, połowa widowni wyje z zachwytu, a druga połowa z rozpaczy. Ale jak to w sporcie - tylko jeden może wygrać. (Remisy w baseballu zdarzają się chyba wyjątkowo rzadko, naprawdę, jeszcze nigdy nie byłam świadkiem takiej sytuacji na żywo.) I idealnie byłoby jeszcze, żeby drużyna miała dużo szczęścia. No bo nie oszukujmy się, ale w baseballu dużo jednak od tego zależy. Jeden home run to szansa na zdobycie 4 punktów, a to bardzo dużo. Ile to razy jedna drużyna prowadziła przez cały mecz, by w ostatniej zmianie przeciwnik pozbawił ją zwycięstwa... Tego akurat byłam świadkiem bardzo często. (Nawet dziś.) Ale dzięki temu baseball jest jeszcze ciekawszy. Nie możesz być pewien wygranej, dopóki mecz się nie skończy. Prawie jak w życiu.
A dziś? A dziś był mecz Serbii z Polską. Serbia wygrała 8:2. Była to ich pierwsza wygrana na takim dużym turnieju, a są tutaj już trzeci raz. Nie wiecie nawet, jak bardzo byłam szczęśliwa. I jak oni uwierzyli w siebie. Podczas krótkiego treningu przed 6. zmianą nawet tańczyli na boisku. To niesamowite, jak te kilka minut i kilka punktów może dać taką wiarę w siebie. Baseball jest piękny.
A co z tymi moimi dziećmi z tytułu? Moje dzieci na pewno będą w to grać, mówię Wam. Bo czuję, że im się spodoba. Oni się wyżyją, a ja sobie pooglądam to, co lubię. Łączę przyjemne z pożytecznym, cwana ja. (I na Małą Ligę też będą chodzić, niech uczą się języków.)
Dzisiejsze zdjęcia pochodzą sprzed roku oraz sprzed dwóch lat i pokazują moich Serbów (białe stroje) oraz kilku Włochów (niebiesko-białe stroje). Nie są za dobre (szczególnie te z Włochami, ale gdzieś zapodziałam płytkę z oryginałami i dysponuję tylko takimi kopiami; poza tym boiska są odgrodzone siatką i kiepsko to wygląda na zdjęciach), jednak chciałam Wam przez nie choć trochę przybliżyć tę grę. A tak poza tym: prawda, że ich stroje są cudowne? :3

EDIT: Tutaj macie ciekawie opisane zasady gry. Ja spróbuję to wyjaśnić, ale obawiam się, że będzie to trochę zawiłe :P Jednak wszystko opiera się na zdobywaniu baz (kiedy zawodnik z drużyny A wybija piłkę, biegnie szybko do pierwszej bazy, potem zdobywa 2 i 3, aż w końcu dobiega do home base i zdobywa punkt - oczywiście, jeśli mu się uda dobiec, ponieważ może zostać wyoutowany przez przeciwnika z drużyny B poprzez dotknięcie z piłką w ręku, bycie pierwszym na bazie lub złapanie wybitej piłki z powietrza). Cały mecz trwa 6-8 zmian, z czego jedna zmiana składa się w zasadzie z dwóch części: na początku drużyna A jest na ataku i może zdobywać punkty (czyli stoi na pałce i zdobywa bazy), a drużyna B jest na obronie (czyli narzuca piłki i je łapie oraz outuje przeciwników). W drugiej części zmiany jest odwrotnie. Strike to błąd pałkarza (3 strike'i = out zawodnika), ball to błąd miotacza (4 balle = darmowa baza). 3 outy = koniec tej części zmiany, drużyna B przechodzi do ataku lub po prostu nadchodzi kolejna zmiana. A home run to wyrzucenie piłki poza boisko, wtedy wszyscy zawodnicy, którzy stoją na jakiejś bazie, przebiegają przez wszystkie bazy i zdobywają punkt - czyli można zdobyć max. 4 punkty. (No i respekt w oczach przeciwnika i widowni, oczywiście.) Mam nadzieję, że trochę wyjaśniłam Wam te zasady i przepraszam, że dopiero teraz. Odsyłam też do tej strony wyżej, tam macie wszystko dokładniej opisane. :)


 




fotograf: ja

piątek, 11 lipca 2014

Zawsze uwielbiałam obserwować ludzi - jakkolwiek to brzmi. Ich zachowania, specyficzne gesty, to, jak się zmieniają z upływem czasu. Ostatnio miałam natomiast okazję przyjrzeć się z bliska pewnej tendencji, która pojawia się, kiedy człowiek przechodzi do kolejnego etapu w swoim życiu. Z podstawówki do gimnazjum, z gimnazjum do szkoły ponadgimnazjalnej, a później na studia, do pracy... Potem - lub nawet w trakcie któregoś z etapów, różnie to bywa - pojawiają się mąż/żona, dzieci. Za każdym razem przy przekraczaniu progu kolejnego etapu pojawia się jednak ta dziwna duma i wyższość, a w efekcie i pogarda dla tych z niższego szczebla kariery życiowej. Szczególnie wyraźnie widać to na etapie liceum/studia. Licealiści wyśmiewają się z gimnazjalistów, a studenci tych bardziej prestiżowych kierunków z tych, którym noga podwinęła się na maturze, przez co podczas rekrutacji musieli "brać, co uczelnia daje". Warto też wspomnieć, że studenci pierwszego roku są najczęściej bardziej studenccy niż ci ostatniego, ale to zaobserwowałam już wcześniej (ciekawostka: jeśli i Wy chcecie coś takiego zobaczyć, poczekajcie do października; wtedy występuje wysyp takich studentów, którzy wyrabiają 200% normy w swojej studenckości; obym tylko to nie była ja). Zapomniał wół jak cielęciem był. Wracając jednak do tematu - co to za dokonanie, jeśli zraża się do siebie ludzi? I to nawet najlepszych przyjaciół. Wizja osiągnięcia jakiegoś celu nie powinna przysłaniać oczu, ponieważ sukces przemienia się wówczas w porażkę. Woda sodowa z łatwością odbiera człowiekowi możność racjonalnego myślenia, a kiedy już spłynie, okazuje się, że jest już za późno. X jest sam. X nie ma przyjaciół. Bo X był zwykłym bufonem. A przecież wystarczyłaby tylko odrobina zrozumienia... Kawa pita samotnie nie smakuje tak samo.
Jeśli już mowa o studiach, to przyszły właśnie wyniki rekrutacji. Zegar tyka, a ja nadal nic nie wiem. Logistyka czy ekonomia? Łódź, Poznań, a może Gdańsk? Mam taki mętlik w głowie, że chyba skończę w Wyższej Szkole Robienia Hałasu.

 
 
 
  
  

modelka: Ala
fotograf: ja